TREF ZE FARORZYM - KS. DR ADAMEM MALINĄ - SPOTKANIE Z KS. PROBOSZCZEM DR ADAMEM MALINĄ

lt. 25 2019

SPOTKANIE Z KS. PROBOSZCZEM DR ADAMEM MALINĄ

 

22 lutego w domu katechetycznym, należącym do mysłowickiej parafii ewangelicko-augsburskiej odbyło się spotkanie w ramach cyklu „Historia Śląska widziana inaczej”. Przypomnijmy, że jego pomysłodawcą i organizatorem jest red. Stanisława WARMBRAND.

Bardzo ciekawą prelekcję „Zachowanie języka polskiego w wierze ewangelickiej” wygłosił ks. proboszcz dr Adam MALINA, który powitał uczestników projektu  „- Cieszę się, że mogę Was gościć tutaj w Mysłowicach, przy ul. Powstańców 17. Dziękuję Pani Stanisławie za pomysł tego spotkania. Pamiętam rozmowę z Panią Stanisławą na temat jak ewangelicy sto lat temu chcieli niepodległości Polski. Dzisiaj patrzymy na tę kwestię z zupełnie innej perspektywy, ale można  powiedzieć, że wtedy, kiedy Polska się odradzała, obserwacja tego procesu była w różnych środowiskach obciążona z jednej strony świadomością tych środowisk, a z drugiej strony jakimiś pokutującymi ogólnie wyobrażeniami o tych środowiskach. W przypadku ewangelików pierwsze pokutujące wyobrażenia jest takie, że ewangelik to Niemiec. Jeśli zatem ewangelik to Niemiec to jak tu mówić o niepodległości Państwa Polskiego? Jedno z drugim nie ma zbytnio wiele wspólnego. Ale gdy popatrzymy szerzej i głębiej to był to powielany stereotyp, bardzo duże uproszczenie i krzywda wyrządzana ludziom, którzy mieli  inne zdanie na ten temat. Kontekst mówienia o stuleciu odzyskania niepodległości zdominował tę naszą rozmowę, ale wskazał również na pewne ważne tematy związane z wyrażaniem samego siebie, z pokazaniem własnej tożsamości” – wyjaśnił ks. proboszcz dr Adam MALINA.

Zdaniem prelegenta Mysłowice, z racji swojego położenia na mapie, są ważnym miejscem, które niesie niesamowitą liczbę kontekstów jak rozumiemy samych siebie, jak rozumiemy śląskość, polskość, jak rozumiemy Polskę, Niemcy i Europę. W Mysłowicach stykały się granice trzech państw i w powszechnej świadomości miasto to było miejscem, w którym wszystko się kończyło i wszystko się zaczynało. Ludzie z zaboru austriackiego, którzy decydowali się na wyjazd do Ameryki, przyjeżdżali do Mysłowic, przechodzili przez wszystkie możliwe kontrole, by się znaleźć w zupełnie innym świecie. Inny świat przejawiał się również w tym, że pierwszym dużym budynkiem, który mogli zauważyć był dworzec kolejowy. Miał on zbudować świadomość czy wyobraźnię o znaczeniu potęgi Prus. Było to symboliczne wkroczenie do świata uporządkowanego i poważnego. Kolejne budynki to poczta, kościoły: ewangelicki i katolickie. Podobne wrażenie odnosili podróżni, którzy wchodzili czy wjeżdżali do Mysłowic od strony Niwki. Po stronie Sosnowca, czyli po stronie zaboru rosyjskiego budynki były skromne i niewysokie, takie jak w Cesarstwie Rosyjskim,                 a z mostu prowadzącego do Mysłowic rzucały się w oczy potężne kamienice, mimo że całe miasto takie nie były. To miało być pierwsze oszałamiające wrażenie, świadectwo potęgi świata, do którego podróżny wkraczał.

EWANGELICY W MYSŁOWICACH

Ewangelicy pojawili się w Mysłowicach dosyć wcześnie. W źródłach można znaleźć informacje, że już w XVI wieku do miasta przyjechali mianowani protestanci. Był to jednak bardzo krótki i nieskuteczny epizod. Można zadać sobie pytanie: dlaczego tak się stało skoro pod koniec XVI wieku w Państwie Pszczyńskim Reformacja osiągnęła ogromny i totalny sukces? W połowie XVII wieku życie religijne w Państwie Pszczyńskim było życiem ewangelickim, z jednym wyjątkiem - Mysłowic.

Wkrótce państwo habsburskie, Austria, która władała tymi terenami zaczęła prowadzić wzmożoną politykę prokatolicką. Ewangelicy z całego Śląska musieli uchodzić. Radykalna zmiana sytuacji wyznaniowej nastąpiła  po 1742 roku, kiedy to po wojnach śląskich region przeszedł pod panowanie protestanckich Prus. Rozpoczęła się odnowa Kościoła Ewangelickiego. Dodatkowo na Górnym Śląsku nastąpił rozwój przemysłu i kupiectwa. To spowodowało, że pojawiło się tu mnóstwo różnych ludzi i w większej liczbie również ewangelicy.

ROLA JĘZYKA W KOŚCIELE EWANGELICKIM

Zaczęliśmy od języka. Myślę, iż mówienie o języku w przypadku Kościoła Ewangelickiego jest jak najbardziej konieczne. Gdybyśmy mieli tak bardzo upraszczać to Kościół Katolicki jest bardziej kościołem ceremonii i obrazu, a Kościół Ewangelicki – kościołem słowa w podstawowym znaczeniu tego pojęcia. Słowo konstytuuje naszą relację do Pana Boga i między nami. Gdy rozmawiamy to posługujemy się słowami, gdy  komunikujemy się między sobą to tworzymy wspólnotę. Odnosi się to również do naszych relacji z Bogiem. Bóg powiedział, człowiek usłyszał, zbudowała się tożsamość, zbudowała się wiara, nadzieja i tworzy się przestrzeń miłości. Doskonale wiemy, że słowa mogą dzielić i łączyć, budować i niszczyć.

Kościół XVI wieku, gdy zaczęła się Reformacja chciał być kościołem uniwersalnym, tzn. być komunikatywny dla wszystkich. Stąd też ogromną rolę w średniowieczu i w czasach narodzin renesansu odgrywała łacina. Gdy zaczęła się Reformacja to łacina wcale nie została wyrugowana z Kościoła Ewangelickiego. Ona tam była. Natomiast dzięki Reformacji zwrócono uwagę na to, iż człowiek najlepiej wyraża się w języku ojczystym, który wynosi ze rodzinnego domu. Najprostszy sposób komunikowania się to jest ten język zaczerpnięty z czasów, kiedy człowiek dorastał, kiedy relacje między ludźmi, dodajmy po chrześcijańsku, relacje między człowiekiem a Bogiem zostały ukształtowane. Można próbować z dwoma językami, wtedy przychodzą ciekawe efekty. Natomiast ważne jest to, że wtedy rodzą się nasze doświadczenia przeżywania rzeczy najprostszych, a w życiu najważniejszych. Reformacja stwierdziła, że język ojczysty jest bardzo ważny, ale nie negowała możliwości używania łaciny przez tych, którzy ją znali i dla których była językiem komunikowania się z chrześcijanami z innych krajów. Jeśli spotkał się np. Szwed z Węgrem i chciał sobie porozmawiać o Panu Bogu to nie miał innej możliwości niż używanie łaciny.

Mam nawet ewangelicki śpiewnik mazurski, wydawany w latach 1741-1915 w Królewcu (Königsbergu), czyli w dzisiejszym Kaliningradzie. Znajdowało się w nim kilkaset pieśni, które posiadały dwie wersje językowe – po łacinie i po polsku. Piękne teksty, pokazujące, że nie zawsze to, co nam się stereotypowo wydaje jest prawdą. Ten śpiewnik pokazywał pewnego rodzaju uniwersalność przekazu, jaka tkwiła w Kościele Ewangelickim.

KS. JERZY BADURA – PIERWSZY DUCHOWNY W MYSŁOWICACH

W 1742 roku pozmieniały się granice, zmienił się świat i dosyć szybko pojawiła się większa liczba ewangelików, właśnie w Hołdunowie. To całkiem inna historia, inny świat. W 1770 roku grupa 313-315 uciekinierów z Kóz koło Bielska, przeszła granicę państwową polsko-pruską i zamieszkała na gościnnej ziemi księcia pszczyńskiego. Ewangelicy reformowani, czyli kalwini, mieszkali w Kozach od czasów XVI-wiecznej reformacji. Byli w większości tkaczami, używali języka niemieckiego. Stanowili część XIII-wiecznego osadnictwa, które po najazdach tatarskich na nowo zagospodarowywało zniszczone i splądrowane ziemie pod Beskidami. Osadnicy ci pochodzili z północnych Niemiec, Fryzji, Frankonii i dzisiejszej Holandii. Część z nich z Kóz przeniosła się do Hołdunowa (Anhalt).

W 1817 roku, z okazji 300-lecia Reformacji, król pruski wymyślił wspaniałą ideę połączenia dwóch wyznań ewangelickich, czyli luterańskiego i kalwińskiego, w jeden Kościół Unijny. Stopniowo w poszczególnych miastach, od Tarnowskich Gór, przez Gliwice, Zabrze, Bytom, Chorzów, Katowice, aż po Mysłowice zaczęły powstawać parafie ewangelickie.                   W Mysłowicach stało się to w 1857 roku. Nie było jeszcze kościoła, ani plebanii, ale byli wierni. Kościół wybudowano w 1877 roku. Natomiast w 1872 roku do Mysłowic przyjechał pierwszy duchowny – ks. Jerzy Badura, który pochodził ze Śląska Austriackiego, czyli ze Śląska Cieszyńskiego. Był tutaj przez 4 lata,  a potem większość swojego życia spędził na tzw. Śląsku Średnim, czyli między Górnym Śląskiem (tzw. Opolszczyzną) a Dolnym Śląskiem, w Międzyborzu koło Sycowa. Ks. Jerzy Badura miała zadanie podstawowe - zbudować kościół. Aczkolwiek chyba nie żyło mu za dobrze w Mysłowicach, nie był to też dobry czas w jego życiu, miał troszkę inne priorytety, chciał wrócić na swój ukochany Śląsk Cieszyński, do parafii w Cieszynie. Z kolei nie podobał się władzom austriackim, które   zrobiły wszystko, żeby nie zatwierdzić jego wyboru na proboszcza w cieszyńskim kościele. Ks. Jerzy Badura miał być też proboszczem parafii ewangelickiej w Krakowie na ul. Grodzkiej, ale też mu się to nie udało.

Patrząc na zapiski w mysłowickich dokumentach parafialnych, pochodzących z czasów  ks. Jerzego Badury, możemy sobie powiedzieć jak wyglądało tutaj życie  kościelne i  parafialne. W czasie budowy kościoła nabożeństwa odprawiano w różnych ogólnodostępnych salach. Zanim w 1872 roku pojawił się tutaj ks. Jerzy Badura to do Mysłowic dojeżdżał duchowny z Katowic, który mieszkał  na dzisiejszej ul. Warszawskiej. W 1877 roku zakończono budowę mysłowickiego kościoła, poświęcono go i oddano do użytku. Został nazwany kościołem ewangelickim apostołów Piotra i Pawła. Od tego czasu do dzisiaj znajduje się przy ul. Powstańców 5 i służy ewangelikom w Mysłowicach do życia religijnego, ale dobywają się w nim również wydarzenia muzyczne. Dzięki Stowarzyszeniu Ognisk Edukacyjno-Artystycznych „Amadeusz” i parafii w kościele odbywają się warsztaty gospel. Występował tu m.in. bardzo znany muzyk, ciemnoskóry Anglik Junior Robinson, który  zaśpiewał ze Zbigniewem Wodeckim na jego ostatniej płycie. W kościele, w czasach kiedy Mysłowice gościły >Off Festival<, odbywały się koncerty muzyki alternatywnej w stylu refleksyjnym, elektronicznym. Nawet kilka z nich było transmitowanych bezpośrednio dla polskiego radia.

Sięgając do dokumentów źródłowych z czasów księdza Badury zauważymy, że ewangelicy w swoich przemyśleniach co do znaczenia języka jako sposobu komunikowania się między człowiekiem a Bogiem, konieczności używania tego najprostszego języka ojczystego przechodzili z teorii do praktyki, a to powodowało, że nabożeństwa – podstawowa forma życia religijnego, musiały być odprawiane w takim języku w jakim między sobą ci dani parafianie mówili. W Mysłowicach w II poł. XIX wieku był to zarówno język niemiecki, jak i język polski. Patrząc na dane dotyczące uczestników nabożeństw, które były albo niemieckie, albo polskie, albo polsko-niemieckie to stwierdzimy, że większość tutejszych ewangelików                     w II poł. XIX wieku była niemieckojęzyczna. Polskojęzycznych było 25-30%. Prawdę mówiąc to jedni, i drudzy potrafili porozumiewać się w dwóch językach.

PRZYBYCIE DO MYSŁOWIC EWANGELIKÓW ZE ŚLĄSKA CIESZYŃSKIEGO

Ewangelicy mieli w Mysłowicach kościół, a potem  wybudowali ten budynek, w którym jesteśmy, czyli plebanię. Największym pomieszczeniem był salon. Już dużo nie zostało z oryginalnego wyposażenia, jedynie piec kaflowy.

W 1927 roku ewangelicy w Mysłowicach postanowili upamiętnić 50-tą rocznicę wybudowania kościoła. I wymyślili, że zrobią nowe witraże w ołtarzu głównym. Kiedyś były takie proste. Przypuszczam, że wyglądały tak jak te po prawej i lewej stronie w prezbiterium z motywem dywanowym. Nowe witraże zostały wykonane w Krakowie, w pracowni największego witrażysty początków XX wieku - Stanisława Żeleńskiego, brata Boya-Żeleńskiego. Obecnie w pracowni mieści się Muzeum Witraży, ale też dalej wykonywane są witraże.

To, co działo się na Górnym Śląsku w tej mysłowickiej społeczności ewangelickiej skupiało się jak w soczewce. Tak jak zmieniał się świat tak też zmieniały się Mysłowice.                  W 1922 roku wschodnia część Górnego Śląska stała się częścią Państwa Polskiego. Nastąpił exodus Niemców oraz tych, którzy czuli się Ślązakami o niemieckich sympatiach. Świat nie znosi jednak próżni. Na skutek decyzji konferencji w Spa, Śląsk Cieszyński, Księstwo Cieszyńskie zostało podzielone na Olzie, część wschodnia przypadła Polsce, a zachodnia – Czechosłowacji. Pojawił się problem z mieszkańcami Śląska Cieszyńskiego, którzy znaleźli po stronie czechosłowackiej. Był to czas gorących nacjonalizmów, no i życie tych Polaków, którzy żyli po zachodniej stronie Olzy było bardzo ciężkie. Każda ze stron konfliktu, czyli Polska i Czechosłowacja, uważała, że cały Śląsk Cieszyński powinien przynależeć do tego państwa, do którego narodowości dana osoba się przyznawała. Dla Czechów granica miała być za Bielskiem, dla Polaków – do Ostrawicy. Tak to jest na tym świecie, że się nie da takich rzeczy pogodzić, bo trzeba byłoby inaczej ukształtować państwo. Ze Śląska Cieszyńskiego po 1922 roku musiało wyemigrować wielu Polaków, którzy zamieszkali na Górnym Śląsku – w Katowicach, w Mysłowicach. Większość mieszkańców Śląska Cieszyńskiego, albo duża ich część była ewangelikami, toteż na Górny Śląsk dotarło mnóstwo ewangelików, którzy czuli się mocno pobudzonymi Polakami, dla których język polski i wiara miała bardzo proste przełożenie. Przyjechali na Górny Śląsk  i pojawiły się różnego rodzaju problemy, bo to tak jest jak zderzają się różne światy.

Ewangelicy na Śląsku Cieszyńskim już w 1918 roku zdecydowali, że chcą się przyłączyć do Kościoła Ewangelickiego, z centralą w Warszawie, a był to Kościół, chociaż nawet w większości zdominowany przez ewangelików pochodzenia niemieckiego, bardzo patriotyczny, który w II wojnie światowej poniósł wielką ofiarę. Męczennikiem tego kościoła był biskup Bursche, z pochodzenia Niemiec, ale czuł się 100% Polakiem z wyboru i poniósł ofiarę śmierci, ponieważ hitlerowcy nie podarowali mu takiej zniewagi. Ewangelicy ze Śląska Cieszyńskiego połączyli się z Kościołem Ewangelicko-Augsburskim z siedzibą władz w Warszawie. Tymczasem na mocy Konwencji Genewskiej, która na okres 20 lat dawała pewne prawa mniejszościom to ewangelicy górnośląscy mieli prawo zachować swój kościół w takiej formie jak był przed I wojną światową. Na Górnym Śląsku nie było Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego RP tylko Kościół Ewangelicko-Unijny na polskim Górnym Śląsku.

Ewangelicy na Górnym Śląsku w 98,5% byli luteranami. I chociaż ci ewangelicy, którzy przyszli ze Śląska Cieszyńskiego też byli luteranami to jakoś nie potrafili się dogadać. Używali tego samego języka ojczystego jak ci, którzy tutaj mieszkali, a jednak nie zawsze byli w pełni akceptowani przez tych, którzy już mieszkali na Górnym Śląsku. Po 1945 roku do Niemiec przyjechało kilka milionów ludzi z tzw. Ziem Utraconych, ich aklimatyzacja też była problematyczna.

Gdybyśmy tutaj przyszli w 1945 roku do budynku plebanii to spotkalibyśmy tutaj oficera Armii Czerwonej. W tym budynku Sowieci zrobili sobie siedzibę. Parafia musiała się ewakuować, budynek stał pusty, więc został zajęty przez komendaturę Armii Czerwonej, która traktowała go jako zdobycz, mimo że do 1939 roku było to państwo polskie. I ta sytuacja spowodowała m. in. że w 1945 roku ewangelicy w Mysłowicach utracili duchownego, który by mieszkał na miejscu. Gdyby Armia Czerwona nie zajęła tego budynku to myślę, że sytuacja kadrowa kościoła ewangelickiego po 1945 roku mimo wszystko pozwoliłaby, aby tutaj przyszedł duchowny ewangelicki. Sowieci opuścili budynek po roku jak się już ta struktura parafialna poukładała, duchowni pozajmowali przedwojenne parafia tak, a nie inaczej. Mysłowice od 1945 roku były administrowane przez parafię w Katowicach, Świętochłowicach i Sosnowcu. Prawdę mówiąc, gdyby brać pod uwagę historyczność miejsca to Mysłowice byłyby godniejsze niż Szopienice.

KARTECZKI Z TYSIĄCEM NAZWISK

Kiedy przyszedłem tutaj przed 28 laty, pan Gartner pokazał mi po raz pierwszy koperty, w których były kartki na kiepskim papierze z imionami, nazwiskami i jakimiś datami. Było tych karteczek tysiąc. Wtedy to raz pierwszy w życiu usłyszałem o  Rosengarten, obozie pracy, który dla prawie 2,5 tys. ludzi ze Śląska i Europy był ostatnim epizodem ich ziemskiego życia. Właśnie spośród tych 2,5 tys. dusz, które zakończyły życie w Mysłowicach, ok. 900 zostało pochowanych w dwóch grobach masowych na mysłowickim cmentarzu ewangelickim. Pytałem pana Gartnera, który wybierał się już na emeryturę jak to się stało, że te karteczki znalazły się w naszej parafii. Znalazły się chyba na tej zasadzie, że administracja obozu przekazywała grabarzowi jakieś papiery, kogo w danym momencie przywożą. Wtedy w obozie panował tyfus plamisty. O obozie było cichutko, nie wolno było o tym mówić. Dopiero po przemianach na początku lat dziewięćdziesiątych temat odżył.

Od kilku lat, pod pomnikiem na Promenadzie, w ostatnią sobotę stycznia odbywa się uroczystość upamiętniająca ofiary obu obozów, bo to też taka śląska, europejska przypadłość, że do 1945 roku działał tu obóz hitlerowski, a po 1945 roku – komunistyczny. Zmieniono kadrę, a ludzie, których trzeba było zamknąć, się znaleźli.  Uroczystości te odbywają się dzięki Ślōnkij Ferajnie. A na cmentarzu miejsce pochówku ofiar jest miejscem pamięci narodowej. Zgodnie z ustawą jeśli się zna imiona i nazwiska pochowanych osób, to należałoby dokonać ich trwałego zapisania. Minęło dwadzieścia parę lat, udało się przez ten czas – 6 lat temu – postawić kilkadziesiąt krzyży, uporządkować jeden grób masowy. Jeśli chodzi o imiona i nazwiska jakoś się nie dało. A nie jest to miejsce, gdzie są pochowani w grobach masowych, jak niektórzy twierdzili tylko Niemcy, Ślązacy czy jak ktoś chce ich nazwać.. Epidemia tyfusu zrobiła swoje, więc wśród pochowanych są również powstańcy śląscy, obywatele innych państw, którzy znaleźli się na dworcu w Mysłowicach i przez przypadek, zagubienie zamiast do pociągu trafili do obozu.                                                   

Prelekcji wysłuchała:Mirella DĄBEK                                                 Śródtytuły: md