LAUDACJA PROF. DR HAB. ZBIGNIEWA KADŁUBKA NA CZEŚĆ PROF. DR HAB. GRAŻYNY SZEWCZYK – UHONOROWANEJ "GÓRNOŚLĄSKIM TACYTEM” W KATEGORII BADACZ HISTORII ŚLĄSKA - I WYSTĄPIENIE LAUREATKI

maj 31 2018

LAUDACJA PROF. DR HAB. ZBIGNIEWA KADŁUBKA NA CZEŚĆ PROF. DR HAB. GRAŻYNY SZEWCZYK – UHONOROWANEJ "GÓRNOŚLĄSKIM TACYTEM” W KATEGORII BADACZ HISTORII ŚLĄSKA - I WYSTĄPIENIE LAUREATKI

Prof. dr hab. Zbigniew KADŁUBEK„ - Muszę zacząć od 500 +, ale spokojnie Drodzy Państwo, spokojnie nie spotkaliśmy się tutaj żeby omawiać politykę społeczną najjaśniej panującego nam rządu warszawskiego. Zresztą te rządy są tak jasne, że trudno byłoby mi wyjaśnić, objaśnić cokolwiek. Oślepiają bowiem jasnością swym i blaskiem rządzący. I prostaczek, taki jak ja właśnie, prędzej straci wzrok od tej jasności niż cokolwiek pojmie. Do innego 500+ chciałbym w tej chwili nawiązać. Dokładnie 500 lat temu plus jeden, Marcin Luter napisał takie zdanie: >So viel du glaubst, so viel du hast<, czyli >Ile wierzysz, tyle masz<, >Wiela wierzisz, wiela mŏsz<. W tej chwili mógłbym wymieniać wszystkie książki, artykuły, rozprawy, eseje, tłumaczenia, komentarze, redakcje, których autorką jest dzisiejsza Tacytowa laureatka – prof. dr hab. Grażyna Barbara Szewczyk. Jest tego bardzo dużo – tego, co wydała, napisała, przełożyła, bo nasza laureatka jest autorką nie tylko tych trzech monografii, które stały się już tzw. akademickimi klasykami, lecz po prostu setek innych publikacji. Ale te klasyczne trzy monografie wymienię „August Strindberg jako prekursor ekspresjonizmu w dramacie” (1984), „Selma Lagerlöf – szwedzka laureatka Nagrody Nobla” (1985) i „Niepokorna hrabina. Literacka kariera Valeski von Bethusy-Huc” (1999). Prof. Grażyna Barbara Szewczyk to nie tylko doskonała germanistka i skandynawistka, o czym czasem nie pamiętamy – lecz także, a może przede wszystkim wielka znawczyni literackiej tradycji Śląska, a szczególnie Górnego Śląska. Jest nauczycielką Górnego Śląska – powiedziałbym. Pedagogiem śląskości mądrej, wyważonej. Śląskiego regionalizmu literackiego można się uczyć od Pani prof. Dla mnie tekstem w jakimś sensie przełomowym, w rozumieniu literackości górnośląskiej, był artykuł czcigodnej laureatki „Pomiędzy ruchem a trwaniem. Historia Górnego Śląska w powieściach Augusta Scholtisa”. Ten tekst Pani prof. to rozdział wydanej w Katowicach, w 2004 roku, wieloautorskiej monografii, poświęconej wybitnemu górnośląskiemu prozaikowi, autorowi „Wiatru od wschodu”. Dlaczego o tym wspominam? Dlaczego tę książkę przywołuję w tej chwili? Ponieważ ta książka nie tylko uobecnia i przypomina Scholtisa, lecz daje nam także wykład pewnej metody – jak pisać o Górnym Śląsku; jak te wszystkie polityczne, etniczne, gospodarcze zapędzenia próbować rozumieć, nie naruszając wszelako pewnej łącznej tkanki dawniejszej, dawnej rzeczywistości – trudnej i wielokulturowej, trudnej i opartej na kolonizatorskim wyzysku, swojskiej i obcej jednocześnie. Zawsze z wrażliwością na wykluczenie z powodów ekonomicznych, społecznych, klasowych pisze o Górnym Śląsku prof. Szewczyk. Ale także prowadzi nas w sam środek górnośląskiego irenizmu, racji niemieckich i polskich, przekłuwając te racje w relacje. Spotkania, dialog, także – ten dialog między konfesjami, a nie tylko narodami. Dla przezacnej dzisiejszej laureatki bowiem Górny Śląsk znaczy życie, a życie to kompromis i twarda rozmowa, i zbliżenie, i czasem trudna do wytrzymania rozłąka, albo bolesne milczenie. Ale także poszukiwanie złotych środków, złotych punktów przebaczenia, również na gruncie narracji i historii. Od fizyków już dzisiaj wiemy, że punktów środka jest wiele, nie ma jednego jądrowego środka zgody absolutnej. Rozsiana jest zgoda jak słowa, jak nasiona, jak pył, jak cząsteczki. I wciąż wiruje. I wciąż jest w ruchu. >Ile wierzysz, tyle masz< – przypominam zdanie Marcina Lutra. Tyle książek i tyle publikacji – jaka zatem to musi być wiara, jak się tyle ma. Wszelako nie o to chodzi, żeby mieć dużo napisane, dużo wydrukowane. Raczej gra się toczy o to, żeby powiększyć ten tajemniczy areał czegoś arcyludzkiego wokół siebie i w sobie. Przecież nie kończy się na książkach owe pomnażanie mienia i stanu posiadania Pani prof. Szewczyk. Zresztą wszyscy znamy Panią prof. jako osobę skromną, powściągliwą, a może nawet nieśmiałą. W swej dziedzinie, i sadybie mniejszej i najdroższej szuka sensu. Tam, wokół Czuchowa, Dębieńska, w Czerwionce, tam też Pani prof. jest znana i lubiana. Ponieważ nie przestała nigdy być stamtąd. Troszczy się o różne małe sprawy tamtejszej społeczności. Tam może dopiero patrzy na Górny Śląsk z bliska. Tam może szuka śladów ojca, ale widzi zapewne swoje solidarne i solidne zakorzenienie w przestrzeni zarówno w tej widocznej, materialnej, czyli w krajobrazie, jak i w tej niewidzialnej, duchowej, mentalnej. Tam gdzieś odnajduje Pani prof. swą wiarę i moc, w spirytualnym, mistycznym Czuchowie. Urodziła się w Katowicach, studiowała w Krakowie polonistykę i germanistykę oraz w Szwecji w latach 1972-74 podczas stypendium. Rozprawy habilitacyjnej broniła na uniwersytecie we Wrocławiu w 1985 roku. Wykładała na Uniwersytecie Warszawskim i Jagiellońskim. W roku dwutysięcznym została profesorem belwederskim. Przez wiele lat kierowała Instytutem Germanistyki na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Dokładnie od 1991 roku. Współpracuje z Instytutem Badań Regionalnych przy Bibliotece Śląskiej w Katowicach, pisuje do miesięcznika „Śląsk” oraz do kwartalnika „Fabryka Silesia”. Została uhonorowana wieloma nagrodami. Tylko dwie wymienię: Pani profesor jest laureatką Szwedzkiej Nagrody Literackiej Ingmara, a także Nagrody im. Karola Miarki, którą otrzymała w 2009 roku. Jest aktywną członkinią wielu stowarzyszeń i towarzystw, m. in. mało znanego Towarzystwa Przyjaciół Łużyc i Polskiego Towarzystwa Ewangelickiego, gdzie jest prezeską katowickiego oddziału tego towarzystwa. O Auguście Scholtisie mówiła nasza laureatka, że dopiero w Berlinie zrozumiał Górny Śląsk. Tego uczy twórczości i postawa Pani profesor Szewczyk, że dystans rodzi dobre owoce, że odległość od Górnego Śląska staje się najpiękniejszym i najmądrzejszym do niego przylgnięciem. Ojciec dzisiejszej laureatki „Górnośląskiego Tacyta” – Wilhelm Szewczyk, bo jego głos w tym momencie jest także potrzebny, bo on także jest teraz wśród nas, napisał prawie trzy dekady temu >Politycy już nieraz niweczyli ład na Śląsku<, Dziennik Zachodni z 1990 roku. Pani profesor doskonale rozumie słowa swojego ojca. Byliśmy dumni niedawno, w ten zimny dzień, dumni, pewni siebie w cudownej wspólnocie stojąc na Placu Wilhelma Szewczyka w Katowicach. Byliśmy dumni, że odważnie bronimy pamięci wielkiego Górnoślązaka., ale także dlatego byliśmy dumni, że staliśmy blisko dzisiejszej laureatki. W tej uroczystej chwili Tacytowej wszyscy nisko się kłaniamy Pani profesor, ale przede wszystkim dziękujemy. Chcemy tą niewielką statuetką wyrazić naszą wielką wdzięczność i zapewniamy Panią profesor, że jesteśmy razem, ze dla nas razem znaczy żyć tutaj pod wciąż pogodnym, górnośląskim niebem. Wierzymy w to święcie, wierzymy w to mocno >So viel du glausbt, so viel du hast,<

Prof. dr hab. Grażyna SZEWCZYK „- Tyle zostało powiedzianych słów laudacji, że właściwie trudno jest zebrać myśli, żeby sensownie i krótko podziękować, ale chcę do tych podziękowań dołożyć nurt rozważań. Może nie będzie tak głęboki i szeroki, i tak mądry jak Pana profesora laudacja chcę jednak powiedzieć, że ta radość – wbrew temu, co powiedział Pan profesor, ja nie jestem laureatką wielu nagród. Rzeczywiście to były te dwie nagrody, które są mi bliskie, małe, niewielkie odznaczenia, więc ta nagroda na pewno dla mnie dużo znaczy. Raduje mnie, na pewno satysfakcjonuje, uszczęśliwia. Ta radość bierze się z różnych powodów. Ta nagroda i to co Pan powiedział uzmysłowiła mi, że ta linia obrana przeze mnie badań, poszukiwań badawczych, które rzeczywiście łączą się z fascynacją, moimi pasjami jest w pełni uzasadniona. Jestem z wykształcenia germanistką i skandynawistką i punktem odniesienia w początkowej fazie, młodzieńczych moich zmagań z tworzywem literackim, naukowym była literatura niemiecka na Śląsku. Kiedy zagłębiłam się w wielość tematów, zupełnie nieznanych nazwisk, wydarzeń to zauważyłam, że właściwie Niemcy, którzy tutaj mieszkali, byli związani z Górnym Śląskiem, zawsze dotykali spraw pogranicza, więzi z Polakami, z innymi narodami, które tutaj żyli. Katolicy pisali o ewangelikach, ewangelicy o katolikach. Te jakby porównania skłoniły mnie do sięgnięcia również po literaturę polską, autorów śląskich, którzy znajdowali się na półkach mojej biblioteki, ale których właściwie nie znałam. I to była wspaniała przygoda, która prowadziła do takich syntez. W tych właśnie poszukiwaniach umacniał mnie prof. Ryszard Kaczmarek, który powiedział, żebym napisała małą syntezę literatury górnośląskiej – niemieckiej, polskiej, a także i czeskiej. Bo i tę znałam z lektur bardzo młodzieńczych, ponieważ bardzo wcześnie przebywał u nas pisarz niezwykły. Nie wiedziałam ile on rzeczy napisał, dopiero z czasem sobie uświadomiłam – Ondra Łysohorsky, który był twórcą właściwie trochę takiego niezwykłego dialektu laskiego. Właściwie odkrył ten dialekt, który w zasadzie nie przełożył się później na inne dzieła literackie. Te spojrzenie porównawcze na te trzy literatury – niemiecką, polską i czeską, które powstawały w naszym regionie, na naszej ziemi uświadomiło mi, że jest wiele wątków, które należałoby wyłowić z zapomnienia i które dowodzą nie tylko skonfliktowania narodów czy religii, ale pewnej symbiozy i takimi tropami prowadziły mnie rozmyślania w stronę Scholtisa i innych pisarzy. Więc z tego bierze się moja pierwsza radość. Druga radość łączy się z postacią patrona tej nagrody – ks. Augustinem Weltzlem, ponieważ miejscem jego zamieszkania i działalności twórczej był Tworków. Przypominam sobie, że bardzo wcześnie, w latach dzieciństwa, jeździliśmy z moim ojcem do Tworkowa. Ale ojciec tam poszukiwał śladów Emila Szramka. O Weltzlu wtedy nie wiedziałam. Z twórczością Weltzla zetknęłam się właściwie o wiele później, kiedy pisałam o Eichendorffie, ponieważ i ten poeta znalazł się w kręgu moich zainteresowań, poeta niemiecki XIX wieku. W Polsce zapomniany, dopiero gdzieś w latach dziewięćdziesiątych XX wieku odkrywany i tłumaczony na nowo. I właśnie Weltzel, który napisał też taką broszurę o Eichendorffie dał mi pewne wskazówki – jak można rozszyfrowywać czy czytać jego poezję, tę poezję związaną z ziemią rodzinną. Weltzel, Tworków, Emil Szramek. I trzecia radość łączy się z postacią, która chciałabym w tym miejscu wymienić i która większości Państwa jest nieznana. To był wspaniały człowiek, luteranin z Mazur, który znalazł się po II wojnie światowej w okolicach Jeleniej Góry. Był historykiem z wykształcenia i filozofem. I który, w latach dziewięćdziesiątych, to był już ostatni odcinek jego życia, osiadł w Raciborzu. Ten człowiek – Ryszard Kincel był tłumaczem listów pisanych przez księdza Augustina Weltzla do Wincentego Praska – też badacza, czeskiego. Napisał do tych tłumaczeń dobry wstęp, zresztą był regionalistą z pasją. Niesamowite rzeczy działy się za jego życia. On założył prywatną oficynę drukarską w Raciborzu i tam się ukazały i bajki Eichendorffa, nigdy nie tłumaczone, i właśnie te listy, i wiele, wiele innych tekstów. Myślę, że Ryszard Kincel jest także tutaj obecny. W okresie kiedy tłumaczył te listy często się ze mną kontaktował, konsultował pewne pojęcia, pewne wydarzenia i myślę, że kiedy by jeszcze teraz żył – to rocznik 1933 – na pewno byłby uhonorowany podobną jak ja tutaj nagrodą. To jest właśnie moja radość i wdzięczność. Wdzięczność kieruję w stronę tych wszystkich, którzy mnie wspomagali w moich poszukiwaniach naukowych, spotkaniach z różnymi kulturami. Oczywiście Czerwionka, słusznie Pan profesor zauważył, to jest takie magiczne miejsce. Czerwionka, dom rodzinny, gdzie rzeczywiście ze wspaniałą biblioteką mogłam całe życie – młodość i dojrzałość – obcować. I wszyscy moi przyjaciele, którzy przy mnie byli. Panu – Panie prof. Kaczmarek – też szczególne podziękowania. Pan przewodniczący wspomniał publikację, która ukazała się przed rokiem i która jest antologią tekstów o Katowicach. Ta antologia jest złożona z dwóch części. Przyznaję, że ta część polska, chodziło o polskich pisarzy, którzy utrwalili wizerunek Katowic w przeszłości i teraźniejszości była swoistym wyzwaniem. Nie zdajemy sobie sprawy, że wiele nazwisk jest pogrążonych w jakby takim zapomnieniu i właściwie nikt nie wie, że taki pisarz coś napisał o Katowicach, więc próbowałam właśnie tych twórców jakoś przywołać, bo to są niekiedy bardzo dobre – moim zdaniem – błyskotliwe teksty. Natomiast były bardzo duże kłopoty. Jeszcze większe kłopoty, niż ze zebraniem tekstów polskich o Katowicach, były z tekstami autorów niemieckich. Po pierwsze z uwagi na to, że byli to twórcy żyjący w XX wieku, w niektórych przypadkach nie minęło jeszcze 70 lat od ich śmierci, a zatem wydawnictwo czy tłumacze nie byli w stanie zapłacić honorariów związanych z licencją, ale udało się. Udało się zebrać reprezentatywne, nie wszystkie, teksty. W tym gronie jest Scholtis, ale też wielu innych – Arnold Zweig czy Arnold Ulitz. Wyławiając te postacie starałam się równocześnie wskazać na topografię miejsc, z którymi byli związani. Kiedy piszemy o Holtze i przywołujemy jego teksty, wówczas myślimy o konkretnych miejscach, zarówno o urzędzie miasta, radzie miasta, jak i o parafii ewangelicko – augsburskiej, jak również o budynku łaźni. Kiedy mówimy o Arnoldzie Zweigu czy Arnoldzie Ulitzu (zupełnie nieznany, nietłumaczony), myślimy wtedy o liceum, a właściwie gimnazjum realnym, w którym mieści się dzisiaj Wydział Biologii Uniwersytetu Śląskiego, ponieważ to elitarne gimnazjum mogło sobie w czasie, kiedy oni rozpoczynali swoją drogę kształcenia, pozwolić sobie na wydawanie pisma uczniowskiego, o bardzo wysokim poziomie artystycznym. To było pismo, które skupiało grafików, plastyków, ludzi zainteresowanych teatrem i oczywiście debiutujących poetów. Tak krok po kroku, odkrywałam te miejsca. Katowicka poczta. Proszę Państwa kto wie jaka jest historia tego budynku przy ul. Pocztowej. To są wspaniałe opowieści pracującego tam urzędnika, prosty człowiek, który pozostawił relację jak na przełomie XIX i XX wieku funkcjonował taki urząd. Organista Lubrich z katowickiego kościoła ewangelicko-augsburskiego, który z czasem stał się bardzo znanym kompozytorem, prowadził też chór, współpracował z chórem Meistera, bardzo znanego dyrygenta niemieckiego. Im bardziej wchodziłam w temat: wizerunek miasta w relacjach, w powieściach, w pamiętnikach pisarzy niemieckich i polskich, tym więcej odkrywałam miejsc, których już nie ma w Katowicach, ale które dzięki  tym tekstom zostały udokumentowane i one będą żyć w pamięci, bo myślę, że każdy kto sięgnie po jakąś relację będzie starał się iść tym tropem i odkryć tę magię wspaniałego miejsca.”

(md)