KRUCJATA NA WSCHÓD - WYKŁAD O DEPORTACJACH DO ZSRR DR MATEUSZA SOBECZKO

st. 14 2018

KRUCJATA NA WSCHÓD - WYKŁAD O DEPORTACJACH DO ZSRR DR MATEUSZA SOBECZKO

           

Dr Mateusz SOBECZKO z katowickiego oddziału PAN w Muzeum Miasta Mysłowice wygłosił wykład „Krucjata na wschód” poświęcony jednemu z aspektów Tragedii Górnośląskiej, a mianowicie deportacjom Górnoślązaków do Związku Radzieckiego w 1945 roku. Pamiętajmy jednak o tym, że Tragedia Górnośląska nie zawęża się tylko do tego zjawiska. To również komunistyczne obozy pracy, aresztowania, gwałty, rozstrzeliwania, kradzieże. Jednym słowem – ogrom bestialstwa, który dotknął mieszkańców naszego regionu.

 W Muzealnym Czwartku wziął udział Wiceprezydent Miasta Mysłowice – Grzegorz BRZOSKA, pracownik naukowy Instytutu Pamięci Narodowej - Jarosław PODGÓRSKI. Zebranych przywitał dyrektor Muzeum Miasta Mysłowice – Adam PLACKOWSKI.                           „ - Naszym dzisiejszym tematem są wywózki Górnoślązaków do Związku Radzieckiego. O tym będzie mówił Pan doktor, który jest również współautorem książki „Jo był ukradziony”. Natomiast chciałbym powiedzieć o naszym nabytku, który stanowi początek nowej ekspozycji. Od dzisiaj posiadamy makietę mysłowickiego obozu pracy, a wcześniej Niemieckiego Więzienia Policyjnego, które od 1943 roku wykorzystywało zabudowania po stacji emigracyjnej.  Miejsce to - dzisiaj trochę zapomniane - pamięta setki, tysiące ludzkich tragedii, dlatego naszym celem jest przypomnienie o nim. Do tej makiety będziemy się starać dobudować merytoryczną legendę.”       

Dr Mateusz SOBECZKO w trakcie swojego wystąpienia pokazał skany dokumentów, do jakich udało mu się dotrzeć prowadząc badania w 2015 roku, a także wspomnienia osób deportowanych, które ukazały się w różnych publikacjach. „- Był to jeden z najtragiczniejszych wątków w dziejach regionu w XX wieku. Z drugiej strony – jest też ważny, dlatego że do 1989 roku był tematem tabu. Istniał w dwóch przestrzeniach – w archiwach śląskich i warszawskich oraz w pamięci społecznej mieszkańców Górnego Śląska – deportowanych oraz ich najbliższych. To właśnie te osoby o tym tragicznym wątku w historii Górnego Śląska pamiętały. Temat jest szeroki, niewyczerpany, ale też zainteresowanie społeczne jest przeogromne. Przedstawię Państwu niezwykle emocjonalne słowa Norberta Sielskiego – syna deportowanego, był inicjatorem powstania książki „Jo był ukradziony” „Ojciec jak wrócił to był skryty. Nic nie mówił. Najlepiej jak tylko ten ruski węgiel przysypał. Przepraszam, że tak mówię, ale tak było. Ojciec się nam nie żalił. Nie mieliśmy z niego żadnego pożytku. Raz, że nie pracował, a dwa – to, co zarobił z zegarków to przeznaczał na swój późniejszy nałóg – alkoholizm. On miał tam zostać. Tam się życie nie liczyło. Na kopalnię nie został z powrotem przyjęty. Podejmował prace dorywcze w różnych miejscach, no i robił te zegarki. Mało tego – co miesiąc musiał chodzić do Raciborza, do służby bezpieczeństwa. Tam był przesłuchiwany. Aż go psychicznie wykończyli. Do września 1954 roku. To się działo wszystko podobnie jak z tymi żołnierzami wyklętymi. Mój ojciec pomógł sobie odejść z tego świata. Nie umiał tego wytrzymać. Miał depresję.” Takich fragmentów w temacie Tragedii Górnośląskiej jest bardzo wiele. Ten fragment jest chyba jednym z najbardziej emocjonalnych jakie można sobie wyobrazić i wykład będzie w takim tonie utrzymany.

Tytuł dzisiejszego wystąpienia „Krucjata na Wschód” wzbudza zawsze ogromne emocje, gdyż pojęcie krucjaty mimo wszystko jest wiązane z innymi wydarzeniami. Pozwoliłem go sobie wykorzystać w tytule dzisiejszego wystąpienia, ponieważ jest to kolejny dowód bardzo emocjonalnego podejścia do tego wątku Tragedii Górnośląskiej. Jeden z deportowanych tak właśnie określił tę podróż, swoją deportację, moment przyjazdu na teren obozu w Związku Radzieckim. Określił to jako krucjatę na wschód.

Temat jest bardzo szeroki, nie możemy go interpretować tylko jako historię Górnego Śląska. Wydarzenia geopolityczne na terenie Europy i świata w latach 1944-45 nakreślają dopiero cały obraz. Badania na temat Tragedii Górnośląskiej są prowadzone dopiero po 1989 roku przez dwa ośrodki śląskie– IPN w Katowicach i Wydział Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego. W pewnym stopniu również Polska Akademia Nauk.

Chce powiedzieć o dwóch ważnych elementach, które pozwolą zrozumieć to, co się wydarzyło na Górnym Śląsku. Adolf Hitler włączył polski Górny Śląsk do III Rzeszy, więc wojska radzieckie wchodziły na teren III Rzeszy. Radzieccy generałowie byli świadomi tego, że część Górnego Śląska należała przed wojną do Polski, a część – najpierw do Republiki Weimarskiej, następnie do III Rzeszy. Druga to lista narodowościowa. Wiemy, że III grupa była najliczniejsza,. Jest to także niezwykle ważne, ta kwestia też ma związek z Tragedią Górnośląską.

Pod koniec 1944 roku III Rzesza przygotowywała się do obrony Górnego Śląska, ale nastąpił manewr otoczenia w związku z tym wycofali się z centralnej części Górnego Śląska. Dlatego nie było zniszczeń przemysłu górnośląskiego. Front zatrzymał się na około dwa miesiące – do marca 1945 roku – przed Rybnikiem i Żorami, dlatego  też te miasta były najbardziej zniszczonymi  na terenie Górnego Śląska. Z centralnej części Górnego Śląska Niemcy zamierzali wywieźć część sprzętu i maszyn przemysłowych, ale nie zdążyli tego zrobić. Bardziej udało się im to na terenie Ziemi Rybnickiej, powiatu rybnickiego.

Kiedy Armia Czerwona weszła na teren Górnego Śląska kapitan Leon FOJCIK – pełnomocnik Tymczasowego Rządu Polskiego na powiat rybnicki opisał co się działo. Rozpoczęły działalność, tzw. ochrony tyłów. Zabezpieczały one dowóz sprzętu i żołnierzy, ale również dokonywały aresztowań, ponieważ już wtedy Józef Stalin miał plany dotyczące Polski, uwzględnione na konferencjach Wielkiej Trójki. (…) Powstawały komendatury wojenne – była to pierwsza administracja, w skład której wchodzili przede wszystkim ludzie z ZSRR, pomagały jej również osoby stąd. Naczelnik gminy Świerklany Dolne 15 czerwca 1945 roku, w bardzo delikatny sposób próbował opisać to, co się działo. „Niniejszym donosimy, że wojska Czerwonej Armii przez swój przemarsz przez gminę tutejszą napadają na ludność spokojną, wytrzaskują okna, wyłamują drzwi i włamują się do mieszkań w celu okradzenia dobytku i odzieży oraz niepokoją panienki i niewiasty.” Z wejściem Armii Czerwonej wiązały się również zabójstwa, czasami masowe. Np. na ternie powiatu gliwickiego zamordowanych zostało ok. 1500 osób w wyniku działań Armii Czerwonej. Rozpoczął się też proces wywózki do ZSRR sprzętu przemysłowego i węgla. Mamy tutaj dość dokładne informacje ile i w jakim czasie zostało wywiezione, ponieważ Armia Krajowa z terenów Krakowa notowała ile wagonów i co w nich zostało wywiezionych. Np. w okresie od 20 kwietnia do 20 maja 1945 roku do ZSRR wyjechały 26 tys. 833 wagony.

Rozpoczęły się aresztowania osób cywilnych, które nie były zaangażowane w działalność polityczną, wojskową na terenie Górnego Śląska w okresie II wojny światowej i pod jej koniec. Na podstawie źródeł archiwalnych jest bardzo trudno określić czy ktoś został wywieziony za działalność polityczną czy wojskową, a kto jako osoba cywilna. Musimy pamiętać, że aresztowań osób cywilnych dokonywano na terenie całego przejścia Frontu Wschodniego, Np. byłem w październiku na Lubelszczyźnie na kwerendzie, ok. 35 km od Lublina. Właściciel agroturystyki powiedział mi, że jego ojciec w 1945 roku został aresztowany i wywieziony, mimo że nie prowadził działalności politycznej. Czyli aresztowań nie możemy wiązać jedynie z terenem Górnego Śląska. Dwa najważniejsze akty prawne dla Górnego Śląska pochodzą z 11 stycznia 1945 roku (oczyszczanie tyłów Armii Czerwonej z wrogich elementów) i z 03 lutego 1945 roku, czyli informacja o wywiezieniu mężczyzn w wieku od 17 do 50 roku życia – Niemców – do pracy w Związku Radzieckim. Obóz koncentracyjny w Auschwitz służył również Armii Czerwonej jako obóz przejściowy.

Mamy kilka etapów deportacji. Pierwszy to aresztowanie – historycznie jest podawana data 12 lutego, ale już wiemy - to data nieprawidłowa, bo posiadamy informacje, że już pod koniec stycznia były pierwsze osoby aresztowane. 12 lutego zaczęły pojawiać się ogłoszenia o tym żeby zgłosili się mężczyźni między 17 a 50 rokiem życia do pracy na tyłach Armii Czerwonej. Mieli zabrać ze sobą wyżywienia na 14 dni. Za niezgłoszenie się groziła kara rozstrzelania lub wywiezienia do ZSRR. Ci, którzy się dobrowolnie zgłosili też zostali wywiezieni do Związku Radzieckiego. Były różne sposoby żeby wyciągnąć osoby aresztowane z obozów przejściowych. Żony próbowały wykupić mężów za alkohol, za zegarki. Znam taką historię spod Gliwic kiedy pewna kobieta przyszła pod obóz porozmawiać ze strażnikiem na temat uwolnienia jej męża. Usłyszała, że musi przynieść zegarek. Kobieta odpowiedziała, że nie ma przy sobie. Następnego dnia pojawiła się z zegarkiem, ale jej męża już nie było. Część osób uciekała. Kiedyś sowieci prowadzili aresztowanych, dwie osoby uciekły. Obawiali się swoich przełożonych, bo liczba aresztowanych musiała się zgadzać. Zauważyli pracujących w ogródku dwóch mężczyzn - 16-letniego chłopaka z ojcem i ich porwali. Statystyka, czyli liczba osób w grupie się zgadzała. Zdarzały się również łapanki, masowe aresztowania na terenach zakładów pracy. Np. kilka osób wyjeżdżało szolą, a tam już na nich czekali strażnicy Armii Czerwonej. Czasami do mieszkań przychodzili NKWD-ziści z Milicją Obywatelską. Takich historii też jest dużo. Najczęściej były to osoby, na które ktoś napisał donos.

Punkt internowania – dość przypadkowe miejsca, np. piwnice szkół, urzędów, domów prywatnych. Aresztowani przebywali tam od kilku godzin do 48 godzin. Kolejne były punkty zborne, czyli bardziej specjalistyczne. Największe to: Blachownia, Kędzierzyn, Łabędy. W każdym większym mieście Górnego Śląska istniały takie punkty zborne. Stamtąd te osoby były ładowane do pociągów towarowych, bydlęcych i wywożone do Związku Radzieckiego. Jeden transport liczył ok. 3 tys. ludzi. Ślązacy byli przeważnie wywożeni w dwa miejsca – na Ukrainę, czyli Donbas i do Kazachstanu. Na terenie całego Związku Radzieckiego Ślązacy się znaleźli. Mam informację, że jedna osoba trafiła do Kijowa. To jest fenomen, bo w żadnej publikacji nie pojawił się Kijów jako miejsce deportacji.

Czas deportacji – od lutego do kwietnia 1945 roku. Mamy informacje, że ostatnia osoba została aresztowana na początku czerwca, a więc widać, że z ustaleniem dat jest problem. Gdybyśmy mieli całkowity dostęp do źródeł rosyjskich to moglibyśmy odpowiedzieć na wiele pytań, które się pojawiają. Są tam szczegółowe informacje – kto w jakim czasie do jakiego obozu został zesłany, czym się zajmował. To pokazuje, że źródła rosyjskie są uporządkowane. Sami deportowani lub ich bliscy szukali informacji nt. deportacji. Czasami powód był prozaiczny, finansowy. Osoby te chciały otrzymać dodatek do emerytury, chciały by ten okres był im zaliczony okres pracy.

Przyczyny deportacji były polityczne i polityczno-ekonomiczne. W pierwszym przypadku - po spotkaniach Wielkiej Trójki Józef Stalin wiedział, że powstanie blok państw wschodnich, a te regiony miały być jednonarodowe. Wiemy, że Stalin przerzucał całe grupy etniczne i narodowe z jednego miejsca na drugie żeby je rozbić. Miał powstać socjalistyczny człowiek. Państwa w orbicie wpływów radzieckich miały być jednonarodowe. Zatem trzeba było jakoś rozwiązać problem ludzi, którzy nie pasowali do tej wizji. Druga przyczyna polityczno-ekonomiczna jest ważniejsza. W Związku Radzieckim brakowało mężczyzn do pracy. Deportowani Ślązacy mieli zapełnić lukę w przemyśle. Dlaczego ten aspekt jest ważniejszy? Bowiem już w kwietniu przychodziły meldunki ze Związku Radzieckiego o tym, że trzeba zatrzymać przywóz, bo nie ma gdzie umieścić deportowanych. Są znane historie, że ludzi wysadzano na pustym stepie i musieli sami wybudować sobie lepianki. Najbliższe miasto znajdowało się w odległości 1500 km stąd, a zatem nie było gdzie uciec. To pokazuje, że problem ekonomiczny był ważniejszy.

Nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć ile osób z terenu Górnego Śląska zostało wywiezionych. Po pierwsze – listy archiwalne, są niepełne, albo na tych listach są osoby, które nigdy nie zostały do Związku Radzieckiego wywiezione albo nigdy na terenie Górnego Śląska się nie znalazły. Moglibyśmy pytać deportowanych i ich rodziny, ale część z tych osób zmarła zaraz po powrocie, część zmarła w ostatnich latach, część w ogóle nie chce o tym mówić, bo to temat tabu. Wiele osób do dzisiaj się boi. W książce „Jo był ukradziony” miało być więcej wywiadów, ale jedna osoba, kiedy już była zrobiona redakcja językowa, książka była złożona w wydawnictwa, nie podpisała zgody na publikację wywiadu. Bała się o siebie i rodzinę. A to był 2016 rok.

Dysponujemy czterema listami. Pierwsza była zbierana przez starostwa i gminy. Jest najbardziej dokładna. Na tych listach są osoby aresztowane, ale niewywiezione. Czasami zdarza się, że ta sama osoba pojawia się z miejscowości A i z miejscowości B. Sprawdzanie tego wszystkiego zajmuje ogrom czasu i bardzo często nie da się tego wyjaśnić, bo np. nie ma daty urodzenia. Czasami są przekręcone nazwiska. Na tych listach jest ok. 25 tys. nazwisk. Drugą przygotował Polski Związek Zachodni z 1946 roku. Czasowo najbardziej odległa. Tam jest ok. 20 tys. nazwisk. Jest bardzo niedokładna. Sprawdzałem powiat gliwicki. Znalazłem podwojoną liczbę deportowanych w porównaniu z tym co, znajduje się w „Spisie polskich obywateli górników wywiezionych do Związku Radzieckiego” z 1945 roku. Ta z kolei lista jest bardzo dokładna, ale zawiera tylko 10 tys. nazwisk. Tu są ujęci tylko górnicy, a wiemy,  że do Związku Radzieckiego zostały wywiezione osoby różnych profesji. Ta lista jest bardzo dokładna pod kątem osób pracujących w kopalniach. Czwartą listę stworzyła ambasada, ale de facto to były materiały przysłane z Górnego Śląska do Warszawy, z Warszawy do Moskwy – robione po to by te osoby uwolnić, ponieważ Związek Radziecki w dyskusjach z polskimi władzami komunistycznymi prosił o przygotowanie listy osób do zwolnienia. Tajna teczka Stalina – tam są podawane liczby do 100 tys. czasami z całych terenów Polski powojennej.

Jeśli chodzi o kategorie osób to bardzo trudno rozgraniczyć osoby aresztowane za działalność polityczną i inną. Mamy działacza AK z powiatu rybnickiego, który został aresztowany, ale nie wiemy czy za działalność polityczną czy przypadkowo. Z podziałem na zawody – w Pyskowicach, np. najliczniejszą grupą byli górnicy i kolejarze, z okręgu katowickiego zostali wywiezieni wszyscy kolejarze. Istnieje to w przekazach ustnych, nie wiadomo na ile jest to wiarygodne. Miało to związek z tym, że Sowieci przejęli większość taboru kolejowego. Wiemy, że były wywożone osoby z wyższym wykształceniem.

Na terenie Związku radzieckiego istniały różne obozy. Do filtracyjno-kontrolnych, trafiały osoby związane z działalnością polityczną. Do batalionów robotniczych osoby cywilne, które były skierowane do prac w Związku Radzieckim. Meritum badań nad deportacjami to warunki życia i pracy w obozach. Deportowani tak wspominali pierwszy kontakt z nowym miejscem pobytu: „Widok, który przykuł moje odwykłe od światła oczy był następujący: jak daleko wzrok sięgnie aż do horyzontu ciągnęła się wokół i we wszystkie strony groźna i martwa pokryta czystym śniegiem równina. Na pierwszy rzut oka nie było widać żadnych cech charakterystycznych dla ośrodka kopalnianego. Gdzieniegdzie widniały budynki z kamieni. Były to łagry, którymi usiana jest całe Zagłębia Donieckie.” To jest moment przybycia do Związku Radzieckiego. Pierwsza gehenna, która spotkała mieszkańców Górnego Śląska, to był transport. Bez jedzenia, tylko woda, potrzeby fizjologiczne załatwiano do dziury, która była w każdym wagonie. W jednym wagonie podróżowało od 40 do 100 osób. W transporcie było do 3 tys. osób. Wielokrotnie pociąg zatrzymywał się na bocznicach kolejowych by przepuścić pociąg jadący na front. Takie postoje trwały niejednokrotnie kilka dni. Deportowani jedzenie otrzymywali bardzo rzadko, ogrzewania nie było w ogóle. Baraki były najczęściej drewniane, bardzo rzadko murowane. Najczęściej była jedna izba, rzadziej był podział na kilka pomieszczeń. Deportowani wspominają, że woleli te mniejsze pomieszczenia, ponieważ tam mimo wszystko panowały lepsze warunki. Czasami na jednej pryczy nocowało do czterech mężczyzn. Rzadko zdarzał się jakiś szpital, jeżeli już był to dysponował jedynie tabletkami przeciwbólowymi. Ale też mamy taki przykład – jedna osoba miała operację w podmoskiewskiej miejscowości – operacja się udało. Deportowany powrócił na Górny Śląsk i potem kiedy był już tutaj badany to lekarz powiedział, że operacja była bardzo dobrze przeprowadzona. Nie możemy generalizować, że to co się działo na terenie Związku Radzieckiego było tragiczne.

Warunki sanitarno-higieniczne - brak ubrań na zmianę, pracowali w tych samych ubraniach, w których spali. Plagą były wszy. Mycie raz na dwa tygodnie, prano ubrania gorącą parą, co miało zabijać insekty, bakterie i wirusy. Ale to było nieskuteczne. Dwie choroby – biegunki połączone z obfitymi krwawieniami co było związane ze złym wyżywieniem. Bardzo często deportowani mieli: tyfus, malarię, gruźlicę, urazy związane z pracą - złamania kości, wybicia barków. Śmiertelność była wysoka mówi się o 20%. Nie znamy liczny wywiezionych, czyli nie wiemy jaki procent zmarł. Chowano ich w masowych grobach bez tabliczek, w bardzo płytkich grobach, często dzikie zwierzęta wyciągały zwłoki. Istniał regulamin obozowy, który jeśli osoba deportowana przestrzegała to zazwyczaj nie miała problemu ze strażnikami. Trudno było złamać ten regulamin, bo jeśli było się na stepie a do najbliższego miasta było 1500 km to wiadomo, że raczej nikt nie podejmował ucieczki. Zdarzały się pobicia. Deportowani mówią, że nie byli tak źle traktowani przez władze obozowe. Wszyscy mówią, że religia była bardzo ważna, bo pomagała przetrwać. Wiele osób mówi, że gdyby nie religia to by nie wrócili.

Kwestia wyżywienia – była osoba, która na bieżąco spisała 56 stron wspomnień z deportowania. Jeden główny wątek to kwestia jedzenia. To był największy problem. W większości deportowani mówią o wyżywieniu, a nie o pracy. Podstawą wyżywienia była bardzo wodnista zupa – jedna osoba zatrudniona w kuchni mówiła, że najpierw gotowali wodę. W ogromnym garze, a później wrzucali zgnite dwa – trzy warzywa. To miała być pożywna zupa dla osób pracujących. Istniały rożne systemy nagród. 01 maja – święto pracy – otrzymywali łyżkę cukru albo kawałek słoniny. Również za wyrobienie norm przysługiwało dodatkowe wyżywienie. Część deportowanych otrzymywała wynagrodzenie za swoją pracę, niewielkie kwoty, ale w dużej mierze przeznaczano je na zakup jedzenia. Część Ukraińców, dożywiała te osoby, które pracowały w kołchozach, mogły sobie dojadać. Jedzono liście, trawę, polowano na ptaki, pito wodę ze śniegu. Ucieczki zdarzały się rzadko, ale kilkadziesiąt historii zakończyło się pomyślnie. Najbardziej znany z Ukrainy górnik uciekł – przekroczył granicę, przeszedł resztę Polski. Żona nie uwierzyła jak go zobaczyła. Niektóre osoby, nie miały tyle szczęścia. Jeden z więzionych został – po próbie ucieczki - zagryziony przez wilczura. Reszta więźniów musiała patrzeć na rozszarpane zwłoki. Miała to być nauczka dla innych. Deportowani pracowali w przemyśle, przy wyrębie lasu i w kołchozach. Praca była najbardziej znośna w gospodarstwach. Zwykle deportowani pracowali na trzy zmiany po 10-12 godzin.

Wpływ na życie – władze komunistyczne próbowały zatrzymać deportacje. W 1947 roku powstała w Związku Radzieckim komisja, która miała zweryfikować osoby powracające Deportacje wywołały skutki gospodarcze – w górnośląskim brakowało rąk do pracy. Zatrudniano kobiety, młodocianych, ściągano górników, którzy w latach dwudziestych, trzydziestych XX wieku wyjechali do Belgii czy Francji. Pojawił się nawet pomysł ściągnięcia 3 tys. kamieniarzy włoskich. Zaoferowano im bardzo dobrze wynagrodzenie, 2-4 tony węgla miesięcznie, mieszkanie. Ale nie przyjechali. Skutki społeczne to rozbite rodziny. Pojawiły się patologie - żebranie, kradzieże, nierząd.

Państwa zachodnie zgodziły się na wywóz ludzi narodowości niemieckiej do ZSRR jako rekompensata. Rozkazy, które płynęły z Moskwy były przed Jałtą, czyli Stalin nie liczył się ze stanowiskiem sojuszników. W drugiej połowie 1945 roku nastąpiły pierwsze powroty z ZSRR, a większość wróciła do 1947 roku, ale też odnotowano przyjazdy w 1956 roku. Jeden z deportowanych bardzo dobrze znał rosyjski, niemiecki i polski. Rosjanie nie chcieli go wypuścić. Każda osoba przekraczająca granice otrzymywała dokument – skąd przyjeżdżała, ale bez podania powodu wywiezienia. Śledztwo IPN w sprawie 10 tys, górników zostało w 2006 roku umorzone, ciężko teraz szukać winnego.

Wykładu wysłuchała: Mirella DĄBEK