KOSZĘCIN, LUBLINIEC, STARE TARNOWICE I TARNOWSKIE GÓRY – ŚLŌNSKŎ FERAJNA RAJZUJE Z RED. STANISŁAWĄ WARMBRAND

mrz. 19 2018

KOSZĘCIN, LUBLINIEC, STARE TARNOWICE I TARNOWSKIE GÓRY – ŚLŌNSKŎ FERAJNA RAJZUJE Z RED. STANISŁAWĄ WARMBRAND

 

Koszęcin, Lubliniec, Stare Tarnowice i Tarnowskie Góry znalazły się na trasie kolejnej wycieczki w ramach cyklu „Historia Śląska widziana inaczej”, którego organizatorem jest red. Stanisława WARMBRAND. W imprezie wzięło udział kilkadziesiąt osób, w tym kilkunastu członków i sympatyków Ślōnskij Ferajny.

Najdłużej, bo prawie 2 godziny trwało zwiedzanie siedziby Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Trzeba przyznać, że wielu z nas już niejednokrotnie było w Koszęcinie, ale najczęściej były to wizyty bez przewodnika, co w takim miejscu jest sporym niedopatrzeniem. Po prostu warto przejść się po pałacu z oprowadzającym i posłuchać o historii Koszęcina i jego współczesności.

Jak się okazuje dopiero od 7 lat możemy podziwiać siedzibę Hohenlohe-Ingelfingen w takim stanie jak obecny. Wszystkie remonty w koszęcińskim pałacu zostały sfinansowane z funduszy Unii Europejskiej. Pochłonęły one 50 mln zł. Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” jest finansowany z pieniędzy Śląskiego Urzędu Marszałkowskiego „- Naszym szefem jest marszałek i to on nas w całości utrzymuje. W tym roku otrzymaliśmy od niego 18 mln na działalność. Nie jesteśmy podwładnymi ministra kultury. Oczywiście może nam dać jakiś prezent w postaci subwencji. I tak też było w tym roku. Dostaliśmy 5 mln zł. Zatem jesteśmy typowo śląską instytucją kultury - tak było, jest i na pewno będzie. Nie zgodziliśmy się na przejęcie przez ministra kultury, bo mamy takie prawo” – rozpoczęła swoją opowieść przewodniczka.

Nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy od wejścia głównego, które jak się okazało nie zmieniło swojej funkcji od stuleci. Tam, gdzie kiedyś książęta Hohenlohe-Ingelfingen – witali swoich gości, dzisiaj mieści się recepcja. „ – Po II wojnie światowej ten austriacki ród przeniósł się do Graz, ale do dzisiaj potomkowie dawnych właścicieli przyjeżdżają na groby swoich bliskich, szczególnie do naszej kaplicy. Całkowicie pozbyli się praw do tego obiektu i wszystkich ziem, które do nich należały pod warunkiem, że będą czczone miejsca pochówku ich przodków. Zresztą my Ślązacy nie mamy z tym problemu. Niezależnie od narodowości to szanujemy groby, nie dewastujemy ich” – tłumaczyła nam przewodniczka.

W recepcji zachowały się autentyczne elementy wystroju – drzwi i podłoga. Ta ostatnia pochodzi z 1805 roku, a została wykonana przez wrocławskich rzemieślników według projektu księcia. Do tej pory, czyli w ciągu ponad 200 lat, wymieniono …. zaledwie sześć kafelek. To najlepiej świadczy o solidności dawnych wykonawców i artystów.  W recepcji zwracają również uwagę malowidła na ścianach i suficie. Wydawałoby się, że są to jakieś odrestaurowane dzieła, bowiem doskonale są wkomponowane we wnętrza obiektu. Tymczasem okazuje się, że są to …. prace magisterskie i doktoranckie studentów z wyższych uczelni plastycznych i renowacji zabytków z Krakowa, Częstochowy i Katowic.                                   „- Współpracujemy z wyższymi uczelniami” – tłumaczyła przewodniczka -  „- Przyjeżdża do nas grupa doktorantów lub magistrantów, którzy muszą wykonać pracę dyplomową. Pod okiem profesora – opiekuna. My dajemy ścianę, ale mówimy czego chcemy. Podstawowy warunek to malowidło musi być w konwencji sali. Kupujemy farby, nocujemy ich tutaj, żywimy. Potem przyjeżdża komisja i jest obrona”. Sufit recepcji pokrywają herby panów Koszęcina. Ostatnie malowidło to logo zespołu „Śląsk” wystylizowane na herb.

Koszęcin, podobnie jak tysiące innych śląskich pałaców, otacza imponujący park, który obecnie należy do Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” oraz do gminy. W parku wszystkie alejki mają 5 km. „- Mamy certyfikowany ośrodek nordic walking. Wypożyczamy za darmo kijki i można sobie poćwiczyć pod okiem naszych wyspecjalizowanych trenerów-instruktorów. Mało kto bowiem zdaje sobie sprawę, że  nieprawidłowe korzystanie z kijków może wyrządzić wiele złego naszemu układowi kostnemu” – mówiła przewodniczka. W ten sposób dowiedzieliśmy się o pierwszej, ale jak się okazało nie jedynej formie działalności prowadzonej przez pałac w Koszęcinie.

Na parterze obiektu znajduje się sala, w której zgromadzono pamiątki i nagrody Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. „- Jego założycielem był Stanisław Hadyna, ale to prof. Adolf Dygacz przyczynił się do tego, że siedziba „Śląska” jest w Koszęcinie. To również prof. Dygacz przekazał Hadynie śpiewniki z „Czarnego i Białego Śląska”. Nasz prof. Hadyna był z „Zielonego Śląska” i kochał cały Śląsk, ale swój „Zielony” najbardziej. Pamiętam prof. Hadynę słabo jako młoda osoba. (…) Bardzo ważną rolę odgrywała w zespole żona prof. Hadyny - Pani Ada Hadynowa. Ci wszyscy artyści, którzy tutaj przyjechali musieli być gdzieś zakwaterowani, musieli się ubrać, coś zjeść. Oni nie mogli wychodzić poza teren, więc musiał się tym ktoś zająć. I tym się właśnie zajęła żona prof. Hadyny. Drugą ważną osobą była Elwira Kamińska - kobieta, która miała ogromnie silny charakter, wspaniałą wiedzę, wielką wyobraźnię choreograficzną i wiedzę o kostiumach, bo nasze kostiumy sceniczne nie są etnograficzne. One oczywiście są podobne do strojów ludowych, ale to nie są prawdziwe stroje ludowe. Trzeba znać różnicę. Jak ktoś będzie sobie szył strój to nie na podstawie zdjęcia z koncertu „Śląska”. Mamy teraz dostępne opisy prawidłowych strojów śląskich. W każdej bibliotece jest naukowe opracowanie. Wystarczy też zadzwonić do Związku Górnośląskiego, zadzwonić do nas - powiemy  jak wyglądał dla każdej grupy wiekowej – dla dziecka, dla małżonka, czyli żeniucha, dla żona, dla starzika i starki.”

            Na I piętrze pałacu znajdują się gabloty, w których umieszczono złote płyty. „- Żadna instytucja kultury nie może się poszczycić taką ilością nagród jak my. Dostaliśmy też złotą płytę za pieśni maryjne”– mówiła z dumą przewodniczka. Okazuje się, że w przypadku „Śląska” płyty bardzo szybko otrzymują status złotych. Najczęściej wystarczy kilka dni.                          „- Płyty zamawiają szkoły, organizacje i uniwersytety trzeciego wieku. To już prawie jest złota. Jak jeszcze wrzucimy ją do sprzedaży w Internecie to sukces murowany. Najczęściej złota jest bardzo szybko. Troszeczkę gorzej jest z platynową. My nie możemy narzekać, my możemy mówić, że śląska publiczność nas kocha. A jak jedziemy dalej też nie ma problemu. To dodaje nam energii do dalszej pracy. Można startować w konkursach, festiwalach i wiadomo, że zwycięzców wybiera komisja, a ona jest subiektywna. Zawsze jak chce tak sobie oceni. Natomiast widz to jest najważniejsza osoba” – mówiła przewodniczka. 

            Jedną z sal, która robi największe wrażenie jest „Sala Zielona”. Znajduje się w niej robiący ogromne wrażenie kominek pamiętający jeszcze czasy Hohenlohe-Ingelfingen. Co ciekawe  kominek nie ma drzwiczek…….. Okazuje się, że Austriacy nie umieszczali ich w pomieszczeniach reprezentacyjnych. Jak zatem ogrzewano pokoje? W ścianie korytarza znajdowała się dziura, przez którą od zewnątrz dokładano węgiel i drwa. Mimo że rodzina książęca była wyznania protestanckiego to „Sala Zielona” jest przyozdobiona obrazami z przypowieściami biblijnymi. Oświetlenie w pokoju nie jest oryginalne, to stylizacja.

            Z sali jadalnej korzystają pracownicy „Śląska”, ale również i wycieczki. „- Grupy, które do nas przyjeżdżają w porze obiadowej mogą sobie wykupić obiad. Są trzy dania do wyboru, ale można tylko wybrać jedno dla całej grupy” – tłumaczyła przewodniczka. W sali jadalnej zabytkowy jest kominek. Został wykonany z białego wapienia z Opolszczyzny. Zdobią go dwa lwy - symbole rodu książęcego. Nad kominkiem wisi kryształowe lustro. Jest ono trochę wypukłe, co miało kiedyś ogromne znaczenie praktyczne. Na kominku stawiało się świece, a lustro odbijało światło w różnych kierunkach. „- W Koszęcinie mamy swojego ducha. Podobno z tego lustra wychodzi biała dama” – zdradziła przewodniczka. Ze zwierciadłem związana jest również inna opowieść. Jak jest pełnia Księżyca, a kobieta wdrapie się na kominek i przejrzy w lustrze to odmłodnieje albo się nie zestarzeje. Płyta kominka ma podobno 500 lat i została przywieziona z Australii. Wykonana jest z żeliwa. Jak rozpali się w kominku to przybiera ona czerwony kolor. Oddaje ciepło przez 24 godziny, a potem znowu robi się taka ciemna. „ - Ten kominek jest czynny, rozpalamy w nim co najmniej raz w roku na życzenie odwiedzającego nas Świętego Mikołaja. Przyjeżdża do nas bryczką, bo zazwyczaj w grudniu nigdy u nas nie ma śniegu. Dzieci witają  go na dole i on zawsze pyta – czy w kominku jest rozpalone?” – opowiadała przewodniczka.

            Zabawna historia przytrafiła się podczas ubiegłorocznego Prima Aprilis. Otóż z gabinetu dyrektora zginął dywan, który do tej pory się nie odnalazł. W regulaminie Prima Aprilis pracownicy napisali >jak nie ma dywanika u dyrektora to nikt na dywanik nie chodzi<. Jak widać dyrektorzy w takich instytucjach muszą mieć poczucie humoru.

Na drugim piętrze znajdują się pokoje gościnne. „- Możemy oficjalnie przenocować ok. 120 osób” – tłumaczyła przewodniczka – „- To są pokoje gościnne. Natomiast nie mamy hotelu, bo po pierwsze jak jest kategoryzacja hotelowa to jest wymóg ciszy nocnej od 22 do 6 rano. U nas nie ma czegoś takiego jak cisza nocna. Ostatnio były u nas „Małe cieszynioki”, Zespół Pieśni i Tańca z Chorzowa i zespół „Lipka”. Oni wszyscy wygrali „Śląskie śpiewanie”, organizowane przez Związek Górnośląski i ufundowaliśmy im trzydniowe warsztaty. Raz, około, północy, nasza sopranistka przypomniała sobie, że następnego dnia ma egzamin ze solówki i wypadałoby się jej nauczyć. O północy wzięła sobie klucz do ćwiczeniówki, bo może, ale jak to sopranistka musiała sobie rozgrzać głos. Zaczęła wprawki. Dzieci myślały, że to biała dama. Przychodzimy rano, a tu sześć dziewczynek śpi w jednym pokoju” – opowiadała przewodniczka.

Zresztą Koszęcin skupia się na misji edukacyjnej, a bardzo często do pałacu przyjeżdżają uczestnicy różnych projektów z całego świata. Już po raz czwarty przyjadą tutaj studenci z Korei Południowej, którzy studiują dyplomację i uczą się języka polskiego. Młodzież była nawet w obsłudze polskiej grupy podczas tegorocznej olimpiady zimowej w Pjongczang. Z ich wizytami łączy się też kilka śmiesznych historii. W ubiegłym roku Koreańczycy przyzwyczajeni zimą do znacznie niższych temperatur wybrali się do jednego z okolicznych sklepów … w krótkich spodenkach i klapkach. Jednym słowem niestraszne im były temperatury w okolicach 0o C. Mieszkańcy Koszęcina bardzo ich żałowali. Nawet jedna z pań przyniosła im ubranie. Tłumaczyła >Jŏ tu mŏm po chopie galoty a szczewiki, bo ôni boroki łażōm we takich krótkich galotkach a klapkach, a mŏmy zero stopni>. Jak ktoś ma inny kolor skóry i gdzieś się zgubi to mieszkańcy Koszęcina ładują go do samochodu i przywożą do pałacu, bo to na pewno gość „Śląska”.

W łączniku znajduje się pomieszczenia, w których zgromadzono pamiątki z zagranicznych podróży „Śląska”. Jedna gablota poświęcona jest Japonii. Można tam znaleźć kimona, maski, laleczki, wachlarze i książkę po japońsku. „- Kiedyś Japończycy zakochani w polskim folklorze wydali wspaniałą pozycję opisującą wszystkie stroje – te, które funkcjonowały i te, które zanikły. Śmialiśmy się, że jak u nas nie będzie już żadnych opisów to sobie przetłumaczymy książkę Japończyków. Niektóre regiony faktycznie nie znają strojów regionalnych. Kiedyś uczestnicy wycieczki z Opoczna przeżyli mały szok. U nas dopiero się dowiedzieli, że mają swój strój. Powiedziałam im – w tej książce jest wasz strój i pokazałam im” – tłumaczyła przewodniczka. Uwagę zwraca również duże, czarne sombrero. Nie brakuje pamiątek z Europy, wśród nich rosyjskich matrioszek. Czy wiemy do czego one służą? Jak się okazuje znajdują się w wielu domach, ale nie znamy ich magicznej mocy. O ich znaczeniu opowiedziała przewodniczka. „ - Była u nas konferencja etnograficzna. Jedna z prelegentek miała wykład na temat matrioszek. Otóż wystawia się je w domu, gdzie mieszkają kobiety i można wystawić tyle matrioszek ile jest kobiet w domu. Reszta musi być schowana, bo matrioszki to są dusze kobiet. A co się stanie jeśli wystawimy wszystkie? To zaczynają się bić o dusze kobiety, która się osłabia. W folklorze każdy element ma jakieś znaczenie obrzędowe. Matrioszka nie może stać na wierzchu. Musi być schowana w szafce.” 

Ciekawa jest również historia sali im. Emilii Kamińskiej. Kiedyś była to szkoła mechaniki samochodowej. Potem budynek sprzedano w ręce prywatne. W ręce „Śląska” trafił w momencie, kiedy w środku rosły już drzewka i nie było dachu. Ściany i sufit są teraz wyciszone, a budynek to wielkie studio nagrań. Przyjeżdżają tutaj duże zespoły - orkiestry i chóry. Sala pełni również rolę pomieszczenia konferencyjnego. Odbywają się tutaj spotkania lekarzy, a zwłaszcza kardiologów i kardiochirurgów. Ostatnio w Koszęcinie gościli ornitolodzy, którzy pokazali życie bociana – od momentu narodzin do śmierci. 

 

Jak zespół „Śląsk” ma tutaj zajęcia to nikt nie ma wstępu do budynku. To są jakby lekcje w szkole. W tym roku o godz. 9.45 zajęcia rozpoczyna balet, o godz. 10.00 - orkiestra, a o 10.15 - chór. W przyszłym roku będzie na odwrót. Ci, którzy przychodzą na koniec będą przychodzić jako pierwsi. „ - Bo artystom, jak dzieciom w szkole, nie można pozwolić na nudę” – tłumaczyła przewodniczka – „ - Oni nie mogliby wszyscy przyjść na 10.00, bo muszą sobie zrobić kawę. Kierownik artystyczny musi sprawdzić obecność. To tak jak w szkole. Do orkiestry po 45 minutach schodzi albo chór, albo balet. Tutaj mamy wszystkie nasze próby. Potem jest obiad, a po nim kolejna próba. W środę, czwartek lub piątek są próby, a w piątek, sobotę i niedzielę - koncerty. Poniedziałek i wtorek to dni wolne, bo artyści tak jak wszyscy pracują 5 dni tygodniowo. Nie ma czegoś takiego jak emerytura artystyczna. Kobieta-artysta musi pracować do 60–tego roku życia, a mężczyzna do 65 lat. Oczywiście tancerze nie są w stanie wytrzymać na scenie aż tak długo. Kobiety najczęściej pracują do trzydziestki, a mężczyźni – ok. 10 lat dłużej. I tak jest np. w Teatrze Narodowym, gdzie jest wystawiane „Jezioro Łabędzie”. Nasi artyści są w lepszej sytuacji, bo „Śląsk” czy „Mazowsze” to folklor, a folklor to życie, więc nasi artyści w wieku 60 lat śpiewają pieśni starzików i starek” – tłumaczyła przewodniczka. Jak można zostać artystą „Śląska”? Okazuje się, że drogi są różne, Parę osób w chórze to laureaci „Śląskiego śpiewania”, którego organizatorem od 25 lat jest Związek Górnośląski. Zostali „wyłapani” podczas występów finałowych. Słynny tenor „Śląska” - Marian Chrobok  - był  … strażakiem. Na jakimś festynie usłyszał go prof. Hadyna i zaproponował angaż do zespołu. „ – Wykształcenie nie jest najważniejsze. Nie trzeba mieć szkoły muzycznej, ani baletowej, trzeba kochać folklor i mieć talent. Mamy pedagogów, którzy wszystkiego nauczą. Oczywiście jeśli ktoś przychodzi po szkole muzycznej to już musi posiadać pewne umiejętności” - tłumaczyła przewodniczka.

W sali im. Emilii Kamińskiej kiedyś mieściła się bryczkownia. Teraz tutaj odbywa się „Śląskie śpiewanie”, europejski konkurs „Rozśpiewany Śląsk”, czy zajęcia szkoły baletowej. W Koszęcinie odbywa się również festiwal łowiecki. Myśliwi grają hejnały na trąbkach. Do konkursu staje 40 hejnalistów, a każdy z nich gra jeden, konkretny hejnał „Cietrzewisko” na rogu.”

W Koszęcinie dobywa się również ogólnoświatowy festiwal powożenia. Bryczki przyjeżdżają, przylatują, przypływają z całego świata. Kiedyś festiwal odbywał się w innych regionach, ale wystarczyło, że organizatorzy przyjechali do Koszęcina raz … i już tutaj zostali.  Bardzo ciekawy jest również festiwal tańca ludowego - przyjeżdża pięć zespołów z różnych zakątków świata. W ubiegłym roku byli to tancerze z Warszawy, Chorwacji, Gruzji, Japonii i Węgier. Rano są dla wszystkich chętnych warsztaty tańca i śpiewu, a potem koncerty i potańcówki.

„- Harmonogram naszych imprez jest bardzo bogaty. Nie żyjemy miesiąc do przodu. Przychodzimy do pracy w poniedziałek i omawiamy sprawy na kolejny tydzień. Mieliśmy 17 japońskich wycieczek, a będzie więcej, bo podpisaliśmy umowę. Przyjeżdżają do nas turyści z całego świata. Nawet z tak odległych krajów, jak:  Korea, Meksyk czy Australia. Odwiedza nas również Polonia amerykańska. W tym roku organizujemy letnią szkołę tańca dla Polonii i przyjedzie do nas ok. 300 osób. Będą spali w okolicznych domach. Zajęcia poprowadzą nauczyciele i instruktorzy śląskich oraz narodowych tańców. Turnus trwa 10 dni. W maju organizujemy dni seniora. Przyjmiemy … 1200 osób.” 

A gdzie mieszkają artyści „Śląska”? Zespół ma do dyspozycji dwa bloki, w których są mieszkania dla rodzin, jak i kawalerki. Jednym słowem na miejscu jest wszystko.

 

Mirella DĄBEK