ŚLŌNSKIE ZYWCZAJE GODŌW BOŻEGO NARODZYNIŎ - ŚLĄSKIE ZWYCZAJE BOŻONARODZENIOWE

gru. 17 2017

ŚLĄSKIE ZWYCZAJE BOŻONARODZENIOWE

 

15 grudnia w Mysłowickim Ośrodku Kultury spotkali się na tradycyjnym opłatku uczestnicy cyklu „Historia Śląska widziana inaczej”. O śląskich zwyczajach opowiedział Bernadeta SZYMIK – KOZACZKO, Tomasz WRONA i Bernard SZCZECH. Nie zabrakło tradycyjnej potrawy wigilijnej – siemieniotki, którą przygotował Tomasz WRONA.

„ - Skąd się w ogóle wzięła data Świąt Bożego Narodzenia? – rozpoczął swoją opowieść Tomasz WRONA „- O ile Święta Wielkanocne mamy bardzo konkretnie zapisane w kalendarzu kościelnym o tyle nie ma informacji kiedy się Pan Jezus narodził. Na razie nam jeszcze ubywa dnia, ale wkrótce to się zatrzyma i zacznie przybywać dnia. Ten czas był przez wiele ludów czczony jako czas odrodzenia. Chrześcijanie doszli do wniosku, że skoro cały świat rzymski imprezuje, cieszy się ze swoich świąt to my też będziemy Wiemy, że jest to związane z rytmem przyrody. Jest to wynik jej obserwacji. Post wigilijny wynika z pogańskich tradycji słowiańskich. U ludów niesłowiańskich – Germanów, Celtów, czy Rzymian  – tego postu nie było i dlatego na ich stołach wigilijnych znajdziemy mięso czy wędliny. Księża zachęcają nas do postu, ale de facto Kościół Katolicki nigdy go nie zalecał.”

ZWYCZAJE PRZEDWIGILIJNE

            „ - Na Śląsku święty Mikołaj przychodzi 06 grudnia. Kiedyś towarzyszył mu diabeł. Teraz to zanikło, bo często słyszę od rodziców >Po co straszyć dzieci<. Moja babcia przypominała, że w Kosztowach chłopcy przebierali się za Mikołaje i diabłów - przynosili dziewczynom, które zachowały się nieodpowiednio ȏszkrabiny (przyp. aut. obierki z ziemniaków), węgiel, a w skrajnych przypadkach dostawały nawet lanie. Gdy byłem dzieckiem to straszyli mnie jeszcze św. Łucją. 13 grudnia dziewczyny przebierały się za różne potwory i w odwecie przychodziły do tych chłopców, którzy pojawiali się u nich 06 grudnia.”  Z kolei Bernadeta SZYMIK – KOZACZKO przypomniała, że od św. Łucji do Wigilii obserwowano zjawiska atmosferyczne w poszczególnych dniach i na tej podstawie wyciągano wnioski jakie będą kolejne miesiące roku. Tomasz WRONA dodał, że niektórzy obserwowali pogodę rano, popołudniu i wieczorem co odpowiadało poszczególnym dekadom miesiąca.

„ - W starożytnym Rzymie najpierw uznano, że 31 grudnia jest ostatnim dniem roku, potem 24 grudnia. W średniowieczu przyjęto 24 grudnia. Dopiero w czasach nowożytnych powrócono do 31 grudnia jako ostatniego dnia roku. Ludzie wierzyli, że jeśli kończy się jakiś czas otwierają się możliwości przewidzenia co nas czeka w przyszłości. Dlatego ten okres świąteczny to okres wróżb. Magiczny czas” – powiedział Tomasz WRONA.

Z kolei historyk Bernard SZCZECH przedstawił zwyczaje przedświąteczne na tzw. Białym Śląsku, czyli na Ziemi Tarnogórskiej i Lublinieckiej. „ - W latach pięćdziesiątych XX wieku, w rodzinach górniczych w był taki zwyczaj, że 4 grudnia chodziła św. Barbara. Ja jako dziecko wolałem św. Barbarę, bo nie dostałem od niej takiego lania jak od św. Mikołaja i była też hojniejsza. Jak już podrosłem to wiedziałem, że to ojciec z kopalni przynosił paczkę. Jeśli chodzi o św. Mikołaja to u nas najczęściej chodził ksiądz proboszcz.”

Rozmówcy przypomnieli, że również w kalendarzu żydowskim jest święto Hanuki, podczas którego zapala się 7 świec na świeczniku, a dzieci są obdarowywane złotymi pieniążkami. „- Wczoraj się dowiedziałam, że również Żydzi pieką ma swoje święto chałkę. Zobaczcie jak u nas na Śląsku mieszają się te wszystkie tradycje” – mówiła Bernadeta SZYMIK – KOZACZKO. Kolejne takie przykłady przenikania się podał Tomasz WRONA. Otóż wieniec adwentowy, który pojawia się w kościołach katolickich to tradycja ewangelicka. Tak samo choinka – tradycja żywego drzewka. „ - Nasze wpływy też widać u ewangelików, którzy przyjęli nabożeństwa adwentowe – coś jak nasze roraty. Nazywają je „adwentówka”. Wtedy to dzieci przygotowują figurki do stajenki, która jest instalowana w kościele. Mówią, że jest to element dekoracyjny, ale w tym też widać to wzajemne przenikanie się”.

O oryginalnym zwyczaju z katowickiego Podlesia, który nie jest znany na Górnym Śląsku opowiedziała Bernadeta SZYMIK – KOZACZKO. „ – U nas kultywowany jest obrzęd Matki Boskiej szukającej gospody. Znany artysta – plastyk – Grzegorz Bialik namalował Jej obraz. Obrzęd zaczyna się 8 grudnia. Po uroczystym nabożeństwie wizerunek Matki Boskiej wędruje po Podlesiu, po poszczególnych domach. Codziennie modlitwa jest odmawiana w innym miejscu.” W trakcie rozmowy okazało się, że taki sam zwyczaj jest kultywowany na Śląsku Cieszyńskim, gdzie w ostatni dzień modlitwy obraz trafiał zawsze do właściciela gospody.

ZWYCZAJE WIGILIJNE

Bernadeta SZYMIK – KOZACZKO zwróciła uwagę na różnicę pomiędzy polskimi a śląskimi zwyczajami.  „ - U nas jak wszystko jest już gotowe i zasiada się do wieczerzy wigilijnej to się zamyka drzwi. To z Polski przyszedł zwyczaj dodatkowego nakrycia dla zbłąkanego wędrowca. Na śląskim stole pojawia się talerz, ale jest dla zmarłego, który odszedł w ostatnim czasie.”

Inaczej wyglądała sprawa dodatkowego nakrycia na tzw. Białym Śląsku. Bernard SZCZECH opowiedział, że na jego rodzinnym stole pojawiały się zawsze dwa talerze – jeden dla ostatnio zmarłego z rodziny, a drugi – dla zbłąkanego podróżnika, biedaka. Jeśli już rocznica śmierci minęła to był tylko jeden talerz.”

Przestrzegano również żeby nikt nie odchodził od wigilijnego stołu. Wszyscy razem zasiadali do wieczerzy i razem ją kończyli. Odejście od stołu wróżyło śmierć jednego z biesiadników.

„ – W rodzinie mojego teścia podczas wigilii łupano 4 orzechy – na każdy kwartał roku. Zepsuty oznaczał chorobę. Cały dzień traktowano jako wróżebny. Panny potrząsały płotem i patrzyły, z której strony szczeka pies, bo stamtąd przyjdzie przyszły mąż. Zbierano łuski z karpia, które miały zapewnić dostatek finansowy” – dodał Tomasz WRONA.

POTRAWY WIGILIJNE

Wigilia była dniem przygotowywania potraw wigilijnych, nie sprzątano już. Jedną z najstarszych (ma 1100 lat!) i najpopularniejszych zup była siemieniotka. Jak opowiadał Tomasz WRONA - przygotowywano już dzień wcześniej. Najpierw moczono konopie, a potem je cały dzień ubijano. Zlewano mleczko, które powstało w wyniku ubijania konopi do drugiego garnka. Znowu je tłuczono i wrzucano cebulę. Potem dodawano kaszę jaglaną. Tak przygotowuje siemieniotkę Tomasz WRONA. Natomiast Bernadeta SZYMIK – KOZACZKO nie dodaje kaszy jaglanej. Nie robi jej takiej gęstej,  zostawia pokrojoną cebulę, dodaje trochę masła i śmietany. Nieodzownym elementem siemieniotki są natomiast krupy pogańskie. Tomasz WRONA opowiedział również skąd się wzięła siemieniotka. Jak głosi legenda – kiedy Matka Boska nie miała pokarmu to wysłała św. Józefa po coś, co mogłaby podać Dzieciątku. Św. Józef znalazł na strychu szopy konopie, a że przyszli do Jezusa poganie przynieśli krupy. Stąd do siemieniotka dodaje się krupy pogańskie.

W latach pięćdziesiątych XX wieku na Ziemi Tarnogórskiej i Lublinieckiej kultywowano zwyczaj podawania 12 potraw wigilijnych. Zasiadający do wigilii musieli skosztować każdej z nich. Dziadkowie Bernarda SZCZECHA kroili cebulę i wróżyli z niej jaka będzie pogoda w poszczególnych miesiącach. Nieznaną potrawą był barszcz z uszkami, który pojawił się dopiero w tym rejonie Śląska w latach sześćdziesiątych XX wieku.

O kolejnej różnicy w wyglądzie stołu wigilijnego opowiedział Tomasz WRONA. Podczas tej uroczystej kolacji Ślązakom towarzyszył krzyż i świeczki. W ten sposób podkreślano religijny charakter wieczerzy. „- W innych regionach Polski są zdziwienie, bo jednak u nich to wygląda inaczej. Wigilia rozpoczynała się od modlitwy. Nie zawsze opłatki były na śląskich stołach. Dzielono się chlebem. Z biegiem czasu przyjęto opłatki. W okresie międzywojennym dotarł na Śląsk jeszcze inny zwyczaj – pasterka. Ksiądz Kudera – proboszcz z Brzezinki – wspominał, że pierwszą pasterkę na Śląsku odprawił w 1922 roku. Moją babcię i dziadka trudno było wyciągnąć na tę mszę, bo mówili, że i tak w pierwszy dzień świąt będą musieli iść na nabożeństwo. Nie honorowali pasterki jako mszy świątecznej.”

Natomiast na Śląsku Cieszyńskim – jak opowiedziała jedna z uczestniczek świątecznego spotkania – na stole są postawione dwa świeczniki, ale nie ma krzyża. Jest też mała figurka nowonarodzonego Pana Jezusa.

Na Górnym Śląsku duże, rodzinne wigilie nie były kultywowane. Takim czasem odwiedzin jest drugi dzień świat. Natomiast pierwszy dzień zarezerwowany był tylko dla najbliższej rodziny.

Na tzw. Białym Śląsku – jak opowiedział Bernard SZCZECH - wigilia kończyła się kompotem z suszonych, wędzonych owoców. Po tym dopiero dzielono się opłatkiem.

Karp nie był znany w naszym regionie. Dotarł dopiero po II wojnie światowej. Tradycyjnym daniem był śledź pieczony. Jak popatrzymy na składniki potraw wigilijnych – orzechy, mak, migdały – to są symbole dostatku. „ - Rozmawiałem ze starszymi ludźmi i oni mówili, że zimą robiono kompot tylko z suszonych owoców z powodu trudności z przechowywaniem świeżych – mówił Tomasz WRONA – „- Pierwsze pasteryzowane kompoty były z dyni – w butelkach po winie, drobne pokrojone. Potrawy, które dzisiaj nam się zachowały jako wigilijne, kiedyś częściej pojawiały się na stołach. Tak było np. z siemieniotką, ale była tak pracochłonna, że ograniczono jej spożywanie tylko do jednego dnia.”

Na Śląsku prezenty pod choinkę przynosiło Dzieciątko, a nie żaden św. Mikołaj czy Gwiazdor. Tę tradycję przejęliśmy od Czechów.

Piątkowe spotkanie trwało 2,5 godziny, a zakończyło się austriacką kolędą „Cicha noc”, polskim – dzieleniem opłatka i życzeniami wielu prezentów od czeskiego Dzieciątka pod niemiecką choinką.

 

W spotkaniu wzięła udział: Mirella DĄBEK